Aktualności
-----
WWW.DARLEX.PL - zapraszam na stronę mojego wydawnictwa językowego
-----
KOLEJ.DARLEX.PL- moja nowa strona o podróżowaniu koleją
KŁAMSTWA MEDIÓW
OŚWIADCZENIE, KTÓRE WYWOŁAŁO BURZĘ - ZOBACZ, ILE POMINĘŁY MEDIA
PRAWDA WEDŁUG CZECHÓW - PRZYKŁADY CZESKIEJ MENTALNOŚCI
ARTYKUŁ W NTO I "ANGORZE: Oryginalny wywiad, na podstawie którego dziennikarz miał napisać artykuł o mojej sprawie
Artykuł o mnie spod pióra Krzysztofa Strauchmanna w "NTO" i "Angorze". Jak zobaczycie, w artykule nie ma prawie nic z wywiadu.
Manipulacje Krzysztofa Strauchmanna na podstawie artykułu o mnie.
"Testament psychola" - list pożegnalny w formie listu pożegnalnego opisujący moją przemianę w kryminalistę i szaleńca.
Książka Romana Mateckiego "Sienkiewicz po polsku i po czesku: Opisy przyrody" - warto poczytać przedmowę i wywiady na końcu.
Kontakt : d.sieczkowski@darlex.pl
17.5.2012 - Oferta pracy
Ciągle muszę wysłuchiwać, jakim to jestem nieudacznikiem. Jestem leniem, nierobem, obibokiem. Wszyscy mi mówią, gdzie mam pracować, ile zarabiać i jak szybko odnieść sukces. Ale żeby nie było. Co jakiś czas na skrzynkę mailową przychodzą mi oferty dobrze płatnej pracy. Na pierwszy rzut oka wygląda to jak zwyczajna praca - od 200 do 500 euro prowizji za "przetworzenie zamówienia". Tyle można zarobić codziennie. List jest napisany poprawną polszczyzną. Gdzie jest haczyk?
Haczyk jest w tym, że to praca w charakterze tzw. słupa (po czesku bílý kůň). Dostajesz przekaz pieniężny przez Western Union, odbierasz pieniądze, wpłacasz je na inne konto, zabierasz prowizję i nic cię nie interesuje. Problem w tym, że to tzw. "brudne pieniądze" i z czasem zainteresują się tym organa ścigania. W mediach co jakiś czas pojawiają się ostrzeżenia przed tymi ofertami pracy. Człowiek nieznający się na tych sprawach chętnie jednak przyjmie ofertę - na pierwszy rzut oka wygląda jak normalna oferta pracy.
Fragment oferty:
Witamy wszystkich!
Poszukujemy współpracowników, którzy gotowi są podjąć się dodatkowej pracy.
Praca zajmie 1-2 godziny w tygodniu i nie wymaga żadnego wkładu pieniężnego.
Istotą pracy jest przetwarzanie napływających z Twojego miasta zamówień.
Jest to prosta praca, której można nauczyć się w ciągu 10 minut i będzie można regularnie wykonywać ją dla naszej firmy.
Za każde przetworzone zamówienie otrzymasz od 200 do 500 EUR.
Opłata natychmiastowa!
14.5.2012 - Pierwsza Komunia Święta
Znowu sobie pokrytykuję. Wszystko widzę w czarnych kolorach, nic mi się nie chce. Pracuję, pracuję i wszystko na darmo. Tym razem przypomniałem sobie czasy szkoły podstawowej i tzw. "Pierwszą Komunię Świętą". Jak co roku o tej porze pod kościołami można zaobserwować to samo. W kościele wygląda to na sakrament oraz szczerą, bezinteresowną wiarę. Gorzej poza kościołem. Z okazji komunii organizuje się przyjęcia, spotkania rodzinne, a wszyscy prześcigają się, kto da lepszy prezent. Dawniej też tak było. Tyle, że wtedy szczytem marzeń było dzisiejsze 500 złotych lub rower górski. Czasy się zmieniły, wymagania są coraz większe, a prezenty coraz droższe. Każdy chce się pokazać, jaki to on hojny i jaki bogaty. Po co o tym piszę? Nie z zazdrości. Po prostu denerwuje mnie cała ta obłuda. Niby chodzi o sakrament, w rzeczywistości to wszystko jest na pokaz. Co to ma wspólnego z wiarą?
Oczywiście nie bierzcie mnie za jakiegoś antykatolickiego wojującego ateistę. Obłuda jest obecna również u innych wyznań, jak choćby u Świadków Jehowy, czego doświadczyłem na własnej skórze. Tworzą sobie jakieś reguły, chodzą po domach rozgłaszać "Słowo Boże" i święcie wierzą, że ratują ludzi. A jak postępują w rzeczywistości? Tak jak wszyscy. Czyli jedno mówią, drugie robią. Wszystkich wokół potępiają, sami siebie uważają za zbawicieli świata, a jednocześnie wszystkie afery tuszują przekręcając fakty tak, jak im pasują. Wszystkie te religie, organizacje niczemu nie służą. Najlepsi są Czesi. Oni nie wierzą w Boga, ponieważ sami uważają się za bogów. Święcie wierzą w swoje chore urojenia o wszechobecnych wrogach robiących im krzywdę, są przekonani o swojej nieomylności, a najchętniej cały świat widzieliby w roli niewolników czeskiego narodu.
Widzę także, iż wiadomość o moich sprawach rozniosła się po mieście. Nie obchodzi mnie to, możecie sobie mówić, jaki to jestem zły. Przeraża mnie głupota ludzka. Wszyscy potępiają mnie, że to moja wina - bowiem powinienem był siedzieć cicho, pogodzić się z decyzjami na uczelni i zrezygnować z walki o sprawiedliwość. Dla ludzi sprawa jest jasna - nie jest winny ten, kto popełnia przestępstwa, lecz ten, kto próbuje walczyć o sprawiedliwość. Patrząc na moją matkę powiem - oszukuj, działaj na szkodę rodziny, a będziesz bogaty. Patrząc na uczelnię powiem - szykanuj, poniżaj, rozklejaj plakaty, fałszywie oskarżaj, kłam w sądzie, chlej, obijaj się - zrobisz karierę i zostaniesz nagrodzony. Nie zgadzasz się - ty jesteś winny. Milczenie oznacza jednak zgodzę. A ja nigdy nie pogodzę się z tym, co zrobiono mi na uczelni.
11.5.2012 - Artykuł o uczelniach
Po liście otwartym jednego z profesorów w wieku przedemerytalnym rozgorzała dyskusja o jakości kształcenia na uczelniach.
Większość próbuje to zwalać na niedouczonych studentów, jednak sprawcami patologii są również pseudonaukowcy. Poniżej zamieszczam odnośnik do artykułu na wp.pl . Warto przeczytać artykuł i komentarze na forach. Jeżeli znajdę czas, napiszę książkę pt. "Patologie szkolnictwa wyższego" w oparciu o Óniwersytet Masaryka. Wczoraj czescy tchórze przypomnieli sobie o mnie. LINK DO ARTYKUŁU
10.5.2012 - Surowi Rodzice
W ostatnią niedzielę obejrzałem kolejny odcinek programu "Surowi Rodzice", o którym już wcześniej pisałem. Tym razem dwoje nastolatków trafiło do porządnej rodziny. Zmiana osobowości przez tydzień była bardzo widoczna, a widzowie byli zachwyceni skutecznością metod wychowawczych rodziny, u której były "dzieci". Na końcu programu odbywają się rozmowy pomiędzy przyjmującymi na tydzień nastolatków, a prawdziwymi rodzicami. Co mnie uderzyło: "Surowa mama" mówi matce dziewczyny, że dziecku trzeba pokazać pasję, coś więcej niż siedzenie i gapienie się w telewizor. Prawda. Jest jednak druga strona medalu. Takie rady dają osoby z bogatych rodzin mieszkające w dużych miastach lub ich obrzeżach, których stać na rozwijanie pasji oraz mają ku temu możliwości. W tym odcinku mieliśmy do czynienia ze zderzeniem dwóch światów - np. zbuntowana nastolatka pochodziła z niezamożnej rodziny z miasteczka bez żadnych perspektyw. Jak tam może rozwijać swoje pasje? Nie może - jej frustracja jeszcze bardziej się pogłębi. Wszystko wygląda pięknie na papierze, a tak naprawdę decydują pieniądze. Osoby z niezamożnych rodzin są przegrane już na starcie. Choćby nie wiem jak się starały, nie wyrwą się z biedy. Chyba, że będą szły po trupach do celu. Uczciwie się dorobić i osiągnąć sukces? Zapomnijcie o tym.
Co jest ważne w programie - wszystkie naprawdę niegrzeczne dzieci mają zaburzone relacje w rodzinie - dziewczyny często wychowuje samotna matka, mężczyźni wyrastają najczęściej w rodzinach po rozwodach - wiadomo, czym to skutkuje. Wszystkie zjawiska mają swoją przyczynę.
Jeśli nie oglądaliście odcinka, o którym piszę, podaję odnośnik do programu: http://surowirodzice.tvn.pl/odcinki-online/surowi-rodzice-odcinek-9,12712,0.html
Obecnie dalej rozwijam stronę o podróżowaniu koleją. Oglądalność rośnie aż miło patrzeć. Na razie nie przekłada się to wprawdzie na zysk, lecz według mnie ta strona ma potencjał. Wymaga jednak pewnych inwestycji, na co nie mam pieniędzy. No i dalej żyję bez telefonu.
7.5.2012 - Wielka konferencja naukowa Instytutu Slawistyki Óniwersytetu Masaryka
Dawno nie śmiałem się z Óniwersytetu Masaryka, więc czas powrócić do artykułów ujawniających prawdę o patologiach na tej uczelni. Ostatnio Instytut Slawistyki tej pseudouczelni zorganizował warsztaty czy konferencję naukową na temat nauczania języków południowosłowiańskich. Jeśli chodzi o nazwę, możecie sobie mówić konferencja lub warsztaty, polega to bowiem na odczytywaniu nikomu niepotrzebnych referatów, a potem na wspólnej imprezie lub odpoczynku.
O tego typu konferencjach pisałem już wielokrotnie, teraz po raz kolejny pokażę wam, w jaki sposób można legalnie trwonić pieniądze podatników. Organizuje się konferencję o cudownie brzmiącej nazwie, najlepiej międzynarodową. Wielka nazwa - wielki prestiż. Zaprasza się na konferencję kumpli z innych ośrodków naukowych, najlepiej z kilku krajów oraz bierze się pupilków z własnej uczelni. Jedynym ich zadaniem jest wygłoszenie krótkiego referatu na 15 około minut oraz słuchanie referatów innych uczestników konferencji. Tak naprawdę to wszyscy tam śpią, czekając na koniec nudnej konferencji. Tematyka referatów jest nieważna - liczy się sam fakt udziału w konferencji oraz publikacji referatu w specjalnie wydanej książeczce. Bez obaw, tych referatów i tak nikt nie czyta, więc autorzy wcale się nimi nie przejmują. Byle napisać cokolwiek tak, aby nikt nic z tego nie rozumiał. Normalne w środowisku naukowym. Na napisanie referatu wystarczy godzina. Dzięki temu pseudonaukowiec będzie mógł sobie wpisać w dorobku udział w konferencji oraz publikację.
Przykładowe tematy referatów:
"Leksykalne i gramatyczne wyrażanie czasu w nauczaniu języka chorwackiego jako obcego"
"Możliwości nauczania języka serbskiego jako obcego w Serbii"
"Pierwsze doświadczenia z nauczaniem języka albańskiego"
"Homonimia w nauczaniu języka słoweńskiego" (temat wałkowany 100 razy)
Inne tematy są równie żałosne. Albo jeszcze gorsze. Taka konferencja nie wnosi niczego nowego do świata nauki. Po co jest jednak organizowana? Po to, żeby goście z Albanii, Macedonii, Słowenii, Chorwacji i innych krajów mogli przyjechać do Brna na koszt uczelni, również na koszt uczelni przenocować, zjeść i mieli kilka dni wolnego. A co w zamian? Na konferencję do swojego kraju zaproszą kumpli z czeskiej uczelni. I tak w kółko. Na tej samej zasadzie działają wymiany wykładowców, czy wykłady gościnne. Ściągają kolegów na kilkudniowe wakacje, dzięki czemu mogą napisać "międzynarodowa konferencja naukowa". Wszystko za pieniądze podatników. Są tacy doktoranci, którzy na podobne imprezy jeżdżą kilka razy w ciągu semestru. Potem jeszcze co semestr na kursy językowe, na stypendia zagraniczne semestralne, a nie robią praktycznie nic. Tak szkolnictwo wyższe trwoni pieniądze podatników. Liczą się tylko układy i bogaci rodzice. Liczy się liczba publikacji, nie jakość Jeśli ktoś chce uczciwie pracować, to się go gnoi.
Życie doktoranta:
1000 złotych co miesiąc
Brak obowiązków - zajęcia można odpracować byle jak
Darmowe wyjazdy na konferencje naukowe
Darmowe wyjazdy na kursy językowe + stypendium
Darmowe wyjazdy na semestralne stypendia zagraniczne + stypendium
Ogromne dotacje na projekty naukowe
4.5.2012 - Obłuda w mediach
Coraz trudniej mi czytać media. Banalne historyjki, przekręcanie faktów, ciągle jedno i to samo. W ostatnich dniach media zajmują się uroczyście ogłaszanym przez wielkich polityków bojkotem Euro 2012 na Ukrainie. Politycy wszem i wobec ogłaszają, jak to będą walczyć o zwolnienie z więzienia Julii Tymoszenko. Co do jej skazania, to wiadomo. Święta nie była, ale kiedy władza się zmienia, robi wszystko, aby uprzykrzyć życie swoim byłym wrogom. A jeszcze niedawno to właśnie "piękna Julia" była przedstawiana jako wzór cnot. Ze mną też tak kiedyś może być. Teraz jestem wielkim terrorystą, kiedyś po jakiejś rewolucji mogą ze mnie zrobić męczennika. Życie jest nieprzewidywalne Media tworzą teraźniejszość, rządzący tworzą przeszłość. Ale wróćmy do tematu. Co jest najcieckawsze w tym całym bojkocie i związanym z nim szumie medialnym? Otóż to, iż politycy ogłaszający bojkot Euro 2012 wcześniej wcale nie mieli zamiaru jechać na mecze do Ukrainy. I chyba to na tyle w temacie.
Ja nie wybieram się na Euro 2012. Chciałem jechać na jeden dzień do Lwowa fotografować pociągi, lecz zależy od cen biletów.
Presja na mnie jest coraz silniejsza. Zewsząd słyszę, jakim to jestem nieudacznikiem. W biznesie nie jest jednak tak łatwo. Z jednym projektem nie udało mi się, spróbuję z drugim, przynajmniej dopóki mam preferencyjne składki na ZUS. Jako przykład mogę podać zakmnięcie wychwalanego pod niebiosa przez media serwisu oferującego pośrednictwo w usługach przewodników oprowadzających po Wrocławiu. Autorkę serwisu opisywano we wszystkich mediach jako osobę z głową pełną doskonałych pomysłów, sam serwis miał być wielkim sukcesem. Tak przynajmniej twierdziły media. I co? Serwis zostaje zamknięty z powodu braku zainteresowania. Jak pokazuje życie, wcale nie jest tak cudownie, jak piszą w mediach. Oryginalny artykuł możecie przeczytać: TUTAJ
Porzucam pisanie słowników oraz naukę języków obcych. Do września wszystkie swoje siły zaangażuję w tworzenie mojego serwisu o podróżowaniu koleją. Wbrew pozorom nie jest to łatwa praca. Cały czas wysłuchuję narzekań, docinków - jestem pasożytem, darmozjadem i leniem. Ale nie poddam się.
Łatwo jest narzekać i krytykować kogoś, jeśli ma się wszystko od dzieciństwa zapewnione. Łatwo zarabiać pieniądze bez żadnego wysiłku jak choćby darmozjady na uczelniach. Albo sprzedawać swoje ciało i zgrywać kobietę sukcesu. Dla chcącego nic trudnego, jak mi to wszyscy mówią. Prawdziwość tego twierdzenia najlepiej pokazuje to moja sytuacja na uczelni - 7 lat nauki na darmo.
3.5.2012 - Poczta
Na moim osiedlu przez 20 lat pocztę roznosiła jedna listonoszka. Dwa lata temu przeszła na emeryturę. Od tej pory pocztę roznosiło chyba ośmioro różnych pracowników poczty. Od trzech miesięcy chodzi młoda, sympatyczna listonoszka. Do mnie często przychodzą listy polecone i zwykle to ja odbieram pocztę. W konkursach ostatnio słabo idzie, więc niemal 100 procent korespondencji to listy z sądów (czeskiego i polskiego), policji i prokuratury. Ciekawe, co sobie o mnie myśli. I pomyśleć, że jeszcze trzy lata temu przychodziły głównie listy z uniwersytetów, ministerstw, podziękowania itp. Teraz, według sądów, mediów, środowiska naukowego i czechofilów nigdy się nie uczyłem, nie miałem kolegów ani koleżanek, nie miałem także żadnych osiągnięć.
Wszyscy naśmiewają się ze mnie, jakim jestem nieudacznikiem, że nie usamodzielniłem się, nie mam głowy do interesów, nie osiągnąłem nic w życiu. Dla ludzi jestem pasożytem, darmozjadem i kryminalistą. Nikt nie pamięta, że przez ponad 5 lat żyłem na własny rachunek za swoje pieniądze i byłem blisko osiągnięcia życiowego celu. Nikt nie bierze pod uwagę, w jakiej sytuacji znalazłem się nagle z powodu problemów rodzinnych, uczelnianych oraz finansowych, które wystąpiły w jednym momencie. Głupki z Brna myślą, że tutaj tak łatwo znaleźć pracę jak tam - szczególnie jako karany i mający w perspektywie eksmisję.
Widzę też zwiększoną liczbę wejść z Brna. Pewnie chcą mi odwiesić karę za rzekomo zniszczone zamki. I jeszcze coraz więcej podejrzanych numerów IP. Wiem, że należą do policji, ale nie potrafię podać konkretnych komend (wygląda na łódzkie lub dolnośląskie - łącza Dialogu). Ostro się za mnie wzięli, a powinni się wziąć za prawdziwych przestępców.
1.5.2012 - Majówka
Majówka przy komputerze. Próbuję ukończyć jeden z projektów słownikowych. Ponadto spróbuję poprawić stronę kolejową. Już drugi dzień piszę artykuł o podróżowaniu koleją po Hiszpanii. Wcześniej zrobiłem anglojęzyczną galerię kolejową, lecz żadna wyszukiwarka nie chce jej zaindeksować.
29.4.2012 - Zostałem bez telefonu...
Jeszcze dwa dni i zostanę bez telefonu. Sytuacja kuriozalna, ponieważ mam firmę, lecz nie da się nic zrobić. Nie będę mógł się kontaktować z ZUS-em, skarbówką ani z innymi instytucjami. Najlepsze, że nie wynika to z niezapłaconych rachunków - nigdzie nie dzwoniłem, a abonament był najniższy w historii największej polskiej firmy telekomunikacyjnej z okazji jakiejś tam promocji. W sumie wszystko dobrze. Problem był jeden: telefon, podobnie jak wszystko, był na matkę. A więce pewnego dnia matka przyjechała na kilka dni do Polski i rozwiązała umowę. Oczywiście o niczym wcześniej nie uprzedziła, ani nie złożyła oświadczenia, że zrzeka się numeru telefonu na mnie lub na ojca. Zresztą po co miałaby to robić? I tak wkrótce wywali nas z mieszkania. Próbowałem coś robić z zaistniałą sytuacją, lecz nie da się. Na komórkę mnie nie stać, a promocja z telewizji kablowej nie jest już taka atrakcyjna, kiedy trzeba zapłacić za specjalny dekoder. Nowy abonament z tej firmy, w której miałem telefon, to już dwa razy więcej pieniędzy.
W sumie nie powinieniem o takich sprawach pisać, lecz moją stronę odwiedza co jakiś czas lokalna policja (ostatnio nawet KGP oraz prawdopodobnie ABW), więc warto pisać o pewnych sprawach, ponieważ znajdą się one w aktach. Cokolwiek później się stanie, ktoś badający moją sprawę będzie miał chociaż szczątkowe rozeznanie, co doprowadziło do takiego stanu rzeczy. Ten wpis jest przede wszystkim dla organów ścigania.
No to dobra. Macie małżeństwo. Małżeństwo trwające około trzydziestu lat. Z pracą jest krucho, więc matka wyjeżdża do pracy za granicę. Najpierw do ciotki do Grecji, skąd kilka razy wraca rzekomo bez żadnego zarobku. Później jeden rzekomo nieudany wyjazd do Niemiec. Następnie po raz kolejny jedzie do Niemiec. Tam trafia do spokojnej pracy za 1500 euro miesięcznie. Szybko doprowadza do zwolnienia wszystkich kobiet dotychczas pracujących w tym domu, a następnie owija sobie wokół palca pracodawcę. Przez 2 lata udaje żonę i matkę - obiecuje, że jeszcze rok i staniemy na nogi, będzie lepiej, a tymczasem knuje plan, jak zniszczyć rodzinę. 3 lata temu w ręce ojca przez przypadek wpada zeszyt z "lekcjami języka niemieckiego" oraz miłosnymi sms-ami. Sprawa jasna, zeszyt był koronnym dowodem w sądzie. Matka wpada w szał, jest interwencja policji, matka obiecuje, że zniszczy ojca. Wtedy zarabiała już 2000 euro miesięcznie i miała opiekę finansową zamożnego niemieckiego pracodawcy, któremu "przez przypadek" właśnie wtedy umarła żona chora na raka.
I zaczyna się zabawa. Wychodzą na jaw fakty, które uświadamiają wam, że przez całe życie żyliście pod jednym dachem ze zwykłą złodziejką i oszustką oraz osobą prowadzącą podwójne życie. Teoretycznie ojciec mógł się domyślić, lecz małżeństwo polega na zaufaniu do drugiej osoby. Rozwód miał być również załatwiony po cichu i za plecami ojca. Przez przypadek się nie udało. Sprawa rozwodowa trwała ponad 2 lata. Z początku wszystko wyglądało normalnie. Normalne rozprawy, przesłuchania świadków, na ostatniej sędzia zasugerowała matce, że przegrała sprawę i wina jest jednoznaczna. Na następnej rozprawie ma zapaść wyrok. I co się dzieje? Przychodzi pełnomocnik pełnomocnika matki - niezidentyfikowany osobnik przedstawiający się jako Wiesław M. . Na rozprawie nie ma ławniczek, jest tylko sędzia bez togi, a po sali rozpraw kręci się obca osoba. Wiesław M. - prawdopodobnie były sędzia - na sugestię sędzi, że pełnomocnictwo kosztuje, podaje sędzi kartkę z rzekomo ręcznie napisanym pełnomocnictwem. Co było napisane na tej kartce? Możemy się tylko domyślać. Na tym rozprawa się kończy. Wyrok zapada za dwa tygodnie. Rozwód z obopólnej winy.
Ale nie to jest najgorsze. Najgorsze jest uzasadnienie, które później czytacie. Bzdury wyssane z palca. Wszystkie fakty przekręcone. Zeszyt z dowodami sprawy staje się zapisem niewinnych spotkań i sms-ów zaprzyjaźnionych osób, a np. piwo wypite dwa razy w tygodniu to nałogowy alkoholizm, podobnie jak kupony totka puszczone dwa razy w tygodniu to nałogowy hazard i przepuszczanie pieniędzy. Wychodzi na to, że matka przez całe życie opłacała mieszkanie, dbała o rodzinę, a ojciec wszystko wydawał na picie i hazard. Co z tego, że matka przez całe życie nigdy nie opłacała rachunków, oszukiwała rodzinę, działała na szkodę gospodarstwa domowego? W uzasadnieniu sądu wszystko jest na odwrót. Sąd ma to gdzieś, ponieważ jego sprawa nie dotyczy. Z dowodami jak u mnie - co nie pasuje, to odrzucamy. Człowieka krew zalewa, kiedy czyta te bzdury.
Później jest apelacja. Oczywiście muszę przestudiować kodeks rodzinno-opiekuńczy, ale w końcu znajduję kilka ciekawych przepisów. W odwołaniu zostaje poruszone wszystko - od naruszenia procedur przy opisanej wcześniej rozprawie, przez interpretację dowodów, po grzechy matki i działanie na szkodę wspólnego gospodarstwa domowego. W kancelarii sądowej musieli się z tego nieźle śmiać. Np. sąd uznał obopólną winę, ponieważ dochodziło do kłótni. W apelacji było napisane, że kłótnia jest z definicji wymianą zdań dwóch lub więcej osób, więc sam fakt kłótni, do których dochodzi w każdym małżeństwie, nie powinien stanowić o winie. Po prostu podważone niemal każde zdanie uzasadnienia wyroku.
Zapewne zapytacie, jak wyglądała rozprawa apelacyjna. Tak jak u mnie. Pięć minut. Sędzia powiedział kilka zdań, pomylił nawet nazwiska świadków, uznał naruszenie procedur przy rozprawie z panem Wiesławem M., lecz nie skierował sprawy do ponownego rozpatrzenia. Pięć minut - totalna olewka. U mnie było tak samo. Uzasadnienie sądu apelacyjnego w niektórych miejscach przeczy uzasadnieniu sądu pierwszej instancji. Uznają naruszenie procedur, lecz usprawiedliwiają je naiwnymi wymówkami. Tam, gdzie się nie da, to po prostu pomijają milczeniem.
Moja matka była doświadczona w sprawach rozwodowych. Jeden rozwód miała za sobą, a kilka spraw prowadziła koleżankom. Wszędzie postępowała według jednego schematu - bicie, pijaństwo, znęcanie się nad rodziną, a nawet molestowanie. I zawsze jej wychodziło. Koleżanki najpierw zgłaszały sprawę na policję - niebieska karta itp. Potem załatwiało się obdukcję i inne papiery od zaprzyjaźnionych lekarzy. Do dzisiaj sie dziwię, jak lekarze mogli jej ulegać. Nie wiem, kto jej powiedział, jak te sprawy należy prowadzić, lecz sąd w pilotowanych przez nią sprawach zawsze stawał po stronie kobiet. Jeden człowiek popełnił przez to nawet samobójstwo. Wszystko było opisane w odwołaniu. Sąd wszystko odrzucił.
Pochwalę się również na stronie, jak moja matka załatwiała renty. Na miesiąc przed komisją lekarską szła do szpitala, jak to mawiała, z powodu depresji wywołanej kłopotami rodzinnymi u siostry. Wiecie, o co chodziło. Była tam może ze dwa tygodnie, po czym wychodziła i po przyznaniu renty od razu wyjeżdżała za granicę. Renta niewielka, z której i tak nic nie mieliśmy, bowiem uważała to za swoje pieniądze, a na czas wyjazdu blokowała świadczenie, żeby nikt inny nie mógł z niego korzystać. I tak w kółko dzięki pomocy zaprzyjaźnionego lekarza. Wszystko można sprawdzić w aktach. Jeśli w czasie wyjazdu zagranicznego miała wpisane wizyty, to znaczy, że są fikcyjne. Jak pisałem kilka lat wcześniej przyczyną depresji miały być kłopoty córki. Tymczasem później okazało się, iż lekarzowi cały czas mówiła o kłopotach w domu - biciu jej, poniżaniu itp. Wszystko wskazuje na to, iż taką sytuacje planowała od początku małżeństwa.
Powiecie - jest zaradna - bowiem dzięki nieoficjalnym opłatom mogła załatwić wszystko. Może i tak. Ja chciałem żyć uczciwie. Ale wróćmy do współczesności. Matka, kiedy zaczęła zarabiąć i znalazła sobie bogatego frajera postanowiła pokazać swoją władzę. Zamiast się jakoś dogadać, postanowiła zniszczyć ojca, a później mnie, bowiem nie potwierdziłem w sądzie pewnych patologicznych spraw, ani nie zeznawałem na jej korzyść. Wtedy jeszcze naiwnie wierzyłem w uczciwość sądów. Zarabia 2500 euro miesięcznie (jeśli nie więcej), Niemiec funduje jej najdroższe ciuchy, najdroższe wyjazdy zagraniczne, najdroższą biżuterię. Ma wszystko. Kiedy przyjeżdża do mojego miasta udaje biedną, ciężko harującą pracownicę, której wszyscy robią krzywdę. W sumie mogłaby zrobić świetną karierę jako aktorka, bowiem kłamstwo i granie wychodzą jej wyśmienicie. I zamiast jakoś się dogadać, opuszcza rodzinę w najgorszym momencie i obiecuje, że nas zniszczy. Do końca.
Dzięki pieniądzom może wszystko. Siostrze funduje najdroższy sprzęt gospodarstwa domowego, bardzo drogie markowe ciuchy, egzotyczne wycieczki rodzinne dwa razy w roku i utrzymuje ją, ponieważ siostra pół roku temu straciła pracę. Ostatnio planowała kupić nowiutkie mieszkanie na nowo budowanym osiedlu (nie wiem, czy na swoje nazwisko). Ma dom z niemieckim frajerem, którego równo goli z pieniędzy. Lecz i tak jej mało. Ma wszystko, żyje w luksusie, lecz prawdziwą przyjemność daje jej rozpowiadanie wśród koleżanek ze Świadków Jehowy o rzekomym biciu, wyzywaniu, wyganianiu z domu itp. To wszystko to oczywiście jej wymysły, lecz przywiezie koleżankom jakieś najtańsze niemieckie kosmetyki lub alkohol z Aldi, to są wniebowzięte, jaka to dobra kobieta.
Oczywiście nie muszę pisać, że od swoich zarobków przez wiele lat nie odprowadzała podatków. Nikogo to jednak nie interesuje. W międzyczasie wyszło na jaw, dlaczego tak szybko zawsze traciła pracę. Po prostu oszukiwała swoich pracodawców, a oni załatwiali to po cichu. Pewnie będziecie ją chwalić, jaką jest zaradną kobietą, a ja z ojcem jesteśmy nieudacznikami. Może i tak jest. Nie opłaca się żyć uczciwie. Dopiero teraz, po tylu latach, pewne elementy układanki pasują do siebie pokazując, jak perfidną i fałszywą osobą jest moja matka.
Sprawa mieszkaniowa wygląda tak, że nie ma szans na utrzymanie mieszkania. Teraz wyszło z telefonem, wkrótce sprawa o podział majątku. Miałem nadzieję, że uda mi się zarobić na wynajęcie mieszkania, lecz zarówno firma, jak i strona o podróżowaniu koleją, okazały się totalną klapą. W konkursach co cenniejsze nagrody wygrywają zawodowcy, mnie się tam udaje wygrać jakieś drobne rzeczy, więc nie ma szans na odmianę. Przez 3 lata udawało się przeciągać agonię, lecz koniec nieuchronnie nadchodzi. Wylądujemy z ojcem na ulicy, ewentualnie ja w więzieniu. O pracę jako karany nie mam szans. W dodatku po kłamstwach w mediach nikt mnie nie zatrudni. Zresztą psychika siada i trudno mi się skupić na czymolwiek.
Matka ma niemal nieograniczone środki finansowe do dyspozycji, a tym samym nieograniczone możliwości. Za pieniądze można wszystko - szczególnie za nieoficjalnie opłaty. Oczywiście nie można jej potępiać za to, że woli bogatego partnera zamiast biednego rencisty. Normalne. Powinna jednak rozstać się na ludzkich zasadach. Dogadać się jakoś, nikt od niej nie chciał niemożliwego. Ona jednak chce się delektować swoją władzą i możliwościami, jakie dają jej pieniądze. Na adwokatów i nieoficjalne opłaty wyda dużo więcej niż mieszkanie jest warte. Dopnie jednak swego. Zniszczy ojca do końca. Odniesie kolejne zwycięstwo. I nawet przez myśl jej nie przyjdzie, że coś zrobiła źle. Wszędzie będzie rozpowiadała, jaka to ona była pokrzywdzona. Dlaczego była pokrzywdzona? Ponieważ nie mogliśmy jej zapewnić poziomu życia, jaki zapewnia jej bogaty niemiecki frajer. Tylko jak rencista mający rentę ok. 750 zł miesięcznie może konkurować z kimś, kto ogromny majątek miał od pokoleń? Jak już pisałem, ojciec ciągle się łudzi, że ktoś się tym zajmie i nie będzie źle. A ja mu mówię, że nie. Jeśli sam nie weźmie sprawy w swoje ręce, to nikt mu nie pomoże. A co mu pozostanie? Nie ma szans. On jednak się podda. Będzie tylko narzekał i biernie wyczekiwał na koniec. Będzie wysyłał pisma, próbował coś załatwić legalną drogą. Wszędzie natrafi na mur obojętności, bowiem dla instytucji powołanych do stania na straży prawa biedny człowiek nic nie znaczy.
Mój konflikt z uczelnią rozpoczął się niemal w tym samym momencie, co sprawa ojca. I tak też się skończy. Moja matka musi wydać niewyobrażalne pieniądze chcąc załatwić ojca. Uczelnia korzysta z pomocy zaprzyjaźnionych czeskich policjantów, prokuratorów, sędziów. Murem stoją za nią studenci przekonani, że walczą z wielkim terrorystą atakującym niewinnych aniołków. Angażuje również w sprawę dziennikarzy - swoich absolwentów - piszących artykuły na zamówienie, co zresztą mogliście obserwować. Ale i to nie wystarczy. Muszą korzystać z pomocy służb specjalnych oraz polityków na najwyższych szczeblach administracji dwóch państw. Do pomocy rusza pospolite ruszenie w postaci czechofilów oraz polskich dziennikarzy bezkrytycznie wierzących, iż walczą o nieistniejące braterstwo polsko-czeskie. Wyobrażacie sobie skalę tych środków? I to wszystko przeciwko jednemu człowiekowi zbyt głupiemu na ukończenie studiów na prestiżowym uniwersytecie i tak głupiemu, że jako jedyny w historii nie dostaje się na studia doktoranckie na tamtejszej slawistyce. Człowiekowi, który według pracowników tamtejszej uczelni, nigdy się nie uczyl i nigdy nie miał kolegów ani koleżanek. Człowiekowi, który nie ma pieniędzy, nie ma majątku, ani nie ma perspektyw. Będą niszczyć do końca, aby tylko pokazać potęgę nieustraszonego i niezwyciężonego narodu czeskiego. I do głowy im nie przyjdzie, że coś robią źle. Obiecywałem, że będę walczył o sprawiedliwośc do końca i będę. Jeśli podpadniecie nauczycielowi z byle jakiego powodu, to będzie was gnoił dla własnej satysfakcji do czasu, kiedy popełnicie samobójstwo. Ja wiem, że gdybym popełnił samobójstwo, to pozbyliby się kolejnego śmiecia i na nikim nie zrobiłoby to żadnego wrażenia.
W moim domu nigdy nie było idealnie. Prawdę mówiąc był to toksyczny dom. I robiłem wszystko, żeby się usamodzielnić. Chciałem wyjść na człowieka, wyrwać się z biedy i uczciwie dojść do celu. Robiłem, co mogłem. Było blisko. Ale niestety, bez pieniędzy i układów nie da się. Cokolwiek byście robili, po prostu się nie da. Żałuję uczciwego życia, żałuję mojego wysiłku i żałuję, że najpiękniejsze lata swojego życia spędziłem na nauce, zamiast na imprezach. Teraz jestem wielkim kryminalistą. Wszystko, co osiągnąłem, jest konsekwentnie pomijane. Nigdy się nie uczyłem, nigdy nie publikowałem, byłem głupim studentem chcącym zdobyć papier bez wysiłku. Taka jest oficjalna wersja, w którą wszyscy wierzą. Co z tego, że fakty temu przeczą? Tym gorzej dla faktów.
Moja matka przez całe życie oszukiwała. Żyje w luksusie i wychodzi na nieskazitelną osobę gnębioną przez dwóch nieudaczników. Takie jest życie. Po co o tym piszę? Ten wpis jest tylko i wyłącznie po to, żeby trafił do policyjnych akt. Żeby ktoś kiedyś mógł sobie poczytać, jakie sytuacje prowadzą do tragedii. Bo co pozostanie ojcu wyrzuconemu wkrótce na ulicę? Odpowiedzcie sobie sami. Za pieniądze można zniszczyć drugiego człowieka i dobrze się przy tym bawić. Można oszukiwać, kraść i nie ponosić żadnej kary. Winny jest ten, kto głośno o tym mówi i kto uważa, że to nie w porządku.
26.4.2012 - Kpiny z prawa
Po raz kolejny zawiodłem się na wymiarze sprawiedliwości. Pewnie po tym wpisie wsadzą mnie do psychiatryka, ale nie mogę przeboleć sposobu, z jakim postępuje się z ludźmi.
Jeśli jest przeciwko wam prowadzone postępowanie w sprawach takich jak moja, to w określonych sytuacjach kieruje się podejrzanego na badanie dotyczące poczytalności w czasie popełniania przestępstwa. I bynajmniej nie chodzi tu tylko o chorobę psychiczną, ale o tzw. czynniki zewnętrzne powodujące wystąpienie stanu silnego wzburzenia. W w czasie kiedy pisałem moje legendarne oświadczenie wiadomo, że sporo tego było.
Poszedłem więc na wspomniane badanie z nadzieją, że wszystko spokojnie wyjaśnię i sprawa się na tym zakończy. Jak myślicie, jak wygląda takie badanie? Wchodzicie do gabinetu, pytają was o dane osobowe, potem o co chodziło w całej sprawie. Zaczynacie mówić. Nie mija 10 minut od waszego wejścia do gabinetu, a oni was wypraszają. Tak wygląda badanie, na podstawie którego mają ocenić waszą poczytalność, zdiagnozować chorobę psychiczną oraz określić, czy stwarzacie zagrożenie dla społeczeństwa. W 10 minut. 10 minut na badanie, które może decydować o waszej opinii i przyszłości. Wyobrażacie sobie? Przecież to jawna kpina z obowiązujących procedur. Oczywiście nie dałem się zbyć i napyskowałem do biegłych, że w ciągu 10 minut nie mogą takich rzeczy ustalić, nie mogą dojść przyczyn ani zapoznać się z całą sytuacją, tzn. z przyczynami stanu rzeczy. Odpowiedź standardowa: "my jesteśmy biegłymi i możemy napisać wszystko". Wielkie badanie wielkich biegłych sądowych.
Po co się tworzy prawo i po co się tworzy przepisy? Prawdziwi przestępcy śmieją się w twarz, ponieważ dzięki pieniądzom oraz kumplom na stanowiskach są całkowicie bezkarni, natomiast zwykłego człowieka upadla się na każdym etapie postępowania. Na policji powiedziałem, co miałem powiedzieć. Z prokuratorem nie ma żadnej rozmowy, biegli mają człowieka w dupie, podobnie jak sądy. Przepraszam za wulgaryzmy, lecz naprawdę nie mogę pogodzić się z tym poniżaniem, upadlaniem oraz bezkarnością ludzi typu pseudonaukowcy z Óniwersytetu Masaryka. To wszystko to jest jedno wielkie bagno i jedna wielka parodia. Jak można ocenić czyjąś sprawę po 10 minutach?
Na sali sądowej będzie tak samo. Spytają o parę nieistotnych rzeczy, rzucą okiem do akt, wybiorą sobie tylko to, co pasuje im do z góry założonej tezy. Wystarczy pół godziny rozprawy, aby zakończyć sprawę i wydać "sprawiedliwy" wyrok nieomylnego sądu. Byle wziąć pieniądze za rozpatrzenie sprawy i załatwić jakiegoś śmiecia. Nad uzasadnieniami nie muszą się długo męczyć, ponieważ piszą je według jednego schematu. Na papierze wszystko wygląda na sprawiedliwy proces. A później się dziwią, że dochodzi do tragedii...
Najgorsze, że CIEMNA MASA bezkrytycznie przyjmuje wszystko, co przeczyta w mediach. Dla CIEMNEJ MASY sąd zawsze jest sprawiedliwy i nieomylny. Chyba, że media mówią inaczej. CIEMNA MASA piętnuje każdego, kto odważy się przeciwstawić oficjalnej wersji wydarzeń. Teraz spójrzcie na paradoks - psycholem jest ten, który myśli inaczej niż CIEMNA MASA. Psycholem jest ten, kto stawia opór. Dlaczego stawia opór? Ponieważ myśli samodzielnie i widzi, co się dzieje. Natomiast za CIEMNĄ MASĘ myślą media. Psychol potrafi argumentować swoje racje, potrafi krytycznie analizować otrzymane informacje oraz porównywać z materiałem źródłowym i samodzielnie wyciągać wnioski. CIEMNA MASA potrafi tylko bezmyślnie powtarzać.
Jak widzicie nic nie ma sensu. Ojciec ciągle się łudzi - zaczekaj, ktoś się tym zajmie, będzie lepiej. A ja mu powtarzam - będzie tylko gorzej, nikt się nie zajmie. I tak od 36 miesięcy. 36 miesięcy ciągłych niepowodzeń. I jest tak, jak mówię - coraz gorzej. On się będzie dalej naiwnie łudził. Ja nie - wiem, że los się nie odwróci. Wkrótce wylądujemy na ulicy - ja pewnie w więzieniu. Moja matka będzie żyła w luksusie, Magdalena Czapla zrobi karierę naukową, pozostali moi prześladowcy z uczelni również awansują, będą zarabiali fortuny, jeździli na egzotyczne wycieczki oraz wyjazdy zagraniczne na koszt podatników. Ale mnie nie złamią. Obojętnie, jak mnie będą niszczyć, nigdy nie zrezygnuję z walki o sprawiedliwość. Nie może być tak, że przestępcy są całkowicie bezkarni. Nawet, jeśli dzięki pieniądzom i układom mają po swojej stronie władzę, media, a tym samym sterowaną przez nie CIEMNĄ MASĘ.
25.4.2012 - Monety, znaczki itp.
Kiedy byłem mały, bawiłem się swego czasu w zbieranie znaczków i monet. Były to czasy, kiedy nie było laptopów, szczytem marzeń była Amiga 500, a o internecie nikt nawet nie śnił. Chodziłem po targowiskach, na giełdy filatelistyczne, a na swoją pasję wydawałem niemal całe kieszonkowe. Przez dwa lata byłem na poczcie zapisany na abonament filatelistyczny. Zgromadziłem sporą, jak na moje możliwości, kolekcję. Całkowicie od podstaw. Pamiętam tę radość, kiedy zdobywałem znaczek lub monetę z egzotycznego kraju. Kiedy nie było internetu, znaczki z Bhutanu, San Marino lub innych krajów były w pewnym sensie łącznikiem z tak odległym światem znanym nam jedynie z książek. Nie można było otworzyć strony internetowej i oglądać zdjęć z całego świata.
Dzisiaj, po około 15 latach, muszę się pozbywać wszytkiego, co mam. Znalazłem w internecie katalogi monet oraz znaczków, posprawdzałem swoją kolekcję i nie natrafiłem na żaden wartościowy egzemplarz. Żaden. Za całą kolekcję otrzymałbym może ze 100 złotych. Na pewno nie więcej. Cała kolekcja jest tyle warta, co małe moje życie. Czyli nic.
22.4.2012 - Kolejne plany podróżnicze wzięły w łeb...
Kolejna z moich planowanych wycieczek nie dojdzie do skutku. Tym razem planowałem zrobić sobie wycieczkę kolejową po Polsce podczas majówki. Liczyłem, że ważność biletu pozwalającego podróżować wszystkim pociągami TLK za 69 złotych zostanie wydłużona na dni: 1 maja oraz 3 maja. W poprzednich latach tak bywało. Wtedy można by było wyjechać 2 maja o 19 i wrócić 7 maja o 6 rano. Do tego biletu za 17 złotych można dokupić opcję korzystania z pociągów osobowych, co bardzo się przydaje osobom z mniejszych miast.
Planowałem zwiedzić Trójmiasto, Hel, Słupsk, Koszalin, Białogard, Piłę, Poznań, Kraków, Kielce i Radom. Niestety, przewoźnik tym razem nie wydłużył ważności biletu i kolejna moja zaplanowana podróż nie dojdzie do skutku. W czerwcu planuję pojechać na 1 dzień do Lwowa podczas Euro 2012, a we wrześniu na targi kolejowe do Berlina, również na jeden dzień. I tak pewnie nic z tego nie wyjdzie.
Sądem się nie przejmuję, bowiem za sny nie można karać. Najlepsze, że moja matka tyle lat oszukiwała nie tylko rodzinę, lecz również państwo i pozostanie bezkarna. Przestępcy z Óniwersytetu Masaryka nie odpowiedzą za fałszywe zeznania oraz szykany. Media nie odpowiedzą za bezczelne artykuły. Wszyscy oni zostaną nagrodzeni. Będą pławić się w luksusie, otrzymywać odznaczenia i nagrody. Dlatego nie warto być uczciwym. Świat jest dla oszustów. A co ze mną? Ja nie mam celu w życiu. Wszystko wydałem na naukę i nie mam z tego kompletnie nic. Nie mam oszczędności, nie mam majątku, żyję z wygranych w konkursach. Ale bez obaw. Bez względu na wyrok o niczym nie zapomnę. Nieważne czy za rok, za dwa lata, za pięć czy dziesięć lat, a może i za 20. Sprawiedliwości stanie się zadość. Oni o mnie zapomną, ja nie zapomnę nigdy.
Co ciekawe, w tej sprawie stanęły po mojej stronie, jeśli tak to można nazwać, osoby i instytucje, o których miałem jak najgorsze zdanie i które uważałem za wrogów. Natomiast ci, których uważałem za znajomych, już dawno wydali wyrok.
19.4.2012 - Usłyszałem zarzuty
Dzisiaj, dokładnie 6 miesięcy od rozprawy apelacyjnej, usłyszałem zarzuty. Na szczęście chodzi tylko o kierowanie gróźb karalnych. Spodziewałem się innego paragrafu i kary do 5 lat więzienia. Teraz czekam na kolejny lincz medialny.
Jeśli chodzi o możliwości obrony - linia obrony jest przygotowana, ale sąd i tak zrobi, co będzie chciał. Jeśli będzie to wyglądało tak, jak wyglądało w Czechach, to będzie bardzo źle. W końcu sąd może dowolnie interpretować dowody - mają immunitet i co im tam jakiś śmieć. Mogą odrzucić wszystko, co w jakikolwiek sposób świadczy na moją korzyść, a na papierze będzie to wyglądało jak sprawiedliwy proces. W każdym razie ja już nie wierzę w żadne sądy, ani w żadną sprawiedliwość. Kto ma pieniądze, ten ma rację.
Ciekawe, co teraz zrobią dziennikarze. Temat atrakcyjny, ponieważ trwa proces Breivika. Oni również mogą pisać, co im się podoba. Nikt ich z tego nie rozlicza. Co z tego, że przez swoje tendencyjne artykuły zepsują komuś opinię albo zrobią z kogoś czubka. Nikogo to nie obchodzi. Postawa polskich dziennikarzy to największy mój zawód w całej tej sprawie. Po prostu dno, nierzetelność, tania sensacja. Tak jak czeski sąd.
Przy sprawie o groźby karalne jestem już bogatszy o doświadczenie z Czech. Jak pamiętacie, dziekan złożył zawiadomienie o podejrzeniu popełnienia przestępstwa 20 października 2011 roku w świetle kamer telewizyjnych i błysku fleszy dziennikarzy prasowych. Wszystkie media trąbiły o tym, jak dzielny dziekan składa zawiadomienie przeciwko szaleńcowi i kryminaliście. Są jednak rzeczy, o których nie wiecie. Dziekan wiedział o oświadczeniu już 12 października 2011 roku, a 14 października Uniwersytet Masaryka po cichu zawiadomił policję. Tuż po zawiadomieniu policji zanotowałem wejścia ze szpitala psychiatrycznego w Brnie (biegli psychiatrzy oceniali zagrożenie) oraz z hotelu Hilton w Pradze, gdzie w tym czasie przebywała polska delegacja rządowa w związku ze szczytem państw Trójkąta Wyszehradzkiego. Potem już wejścia z komputerów policji i czeskich służb specjalnych. Mieli 5 dni na przygotowanie zasadzki. A dlaczego dziekan złożył zawiadomienie dopiero 20 października, kiedy dzień wcześniej wyjechałem z Brna i było jasne, że nic nie grozi? Odpowiedzcie sobie sami. Odpowiedzcie sobie sami, dlaczego media kłamały, iż moje oświadczenie zostało opublikowane 19 października, chociaż widniało na stronie już od tygodnia?
Wiarygodność dziekana możecie sprawdzić przypominając sobie sprawę Horyna - Hroch i sposób, w jaki dziekan napiętnował profesora zgłaszającego sprawę gróźb karalnych.
16.4.2012 - Bez tytułu
Dzisiaj ruszył proces Breivika. Od razu notuję zwiększoną liczbę wejść na stronę. Nie będę komentował, bo nie ma sensu.
Śmieszy mnie telewizja. Wczoraj oglądałem popularne programy rozrywkowe - "Pamiętniki z wakacji" oraz "Surowi rodzice". W pierwszym z nich małe grupki osób wyjeżdżają na wakacje na Wyspy Kanaryjskie. Oczywiście wszystko jest wyreżyserowane, fabuła bardzo naciągana, a poszczególne wątki zawsze mają szczęśliwe zakończenie. Program, według wielu widzów, to żenada i płytka rozrywka dla niewymagających ludzi. Osobiście oglądam go tylko po to, żeby pośmiać się z bohaterów. Z drugiej strony, jeśli spojrzymy na to trochę głębiej, mamy genialną satyrę na mentalność polskich (i nie tylko) urlopowiczów. W każdym razie polecam - trzeba oglądać na luzie, a zabawa gwarantowana.
Z kolei "Surowi rodzice" to reality show o dzieciach sprawiających kłopoty wychowawcze swoim rodzicom. Dzieci trafiają na tydzień do zupełnie innej rodziny, gdzie mają zostać nauczone dobrych manier i szacunku dla pracy, rodziców itp. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że większość "trudnych" dzieci nie odbiega od tego, co widzimy na co dzień na ulicy. Niektóre odcinki są ciekawe, inne nie, ale wczorajszy odcinek wyglądał tak, jakby to "surowi rodzice" wymagali pomocy. Koleś występujący w programie bezlitośnie obnażył ich wady. Najbardziej podobało mi się, jak od nich uciekł, a po kilkunastu godzinach wrócił całkowicie odmieniony, niby zrozumiał swój błąd i już nie sprawiał kłopotów. Dla wielu widzów jest jasne, że coś było nie tak (czyt. producenci musieli go w jakiś sposób do tego nakłonić ). Dziewczyna występująca w programie sprawiała z kolei bardzo pozytywne wrażenie - ładna, trochę rozkapryszona, lecz ogólnie bardzo sympatyczna. Dlaczego taką osobę wzięli do programu? Kilku internautów zauważyło, iż ta osoba regularnie występuje w różnych programach rozrywkowych i do programu poszła najprawdopodobniej dla rozgłosu. Metody rodziców w tym odcinku w ogóle nie przypadły mi do gustu: zero rozmowy, zero kompromisów, modlitwa rano i wieczorem, bezsensowne zadania. Nie dziwię się kolesiowi, że się buntował. Mimo wszystko wydaje mi się, iż wszystko jest wyreżyserowane pod happy end, a fragmenty są tendencyjnie dobrane.
Analizując sytuację dzieci wybieranych do programu - u wszystkich w jakimś stopniu są zaburzone relacje rodzinne. To rodziny po rozwodach, matki samotnie wychowujące dzieci, rodzice pracujący w innych krajach - problemy nie biorą się znikąd.
Na koniec muszę się pochwalić rosnącą popularnością mojej strony o podróżowaniu koleją. W tej chwili notuję już ponad 70 wejść dziennie. Widać, że strona ma potencjał i może w przyszłości przynieść zysk. Niestety, wiąże się to z koniecznością inwestycji oraz ogromną pracą. W mojej sytuacji jest to w zasadzie ostatnia deska ratunku. Pytanie tylko: zadłużyć się jeszcze bardziej i zaryzykować, czy nie robić nic? W mojej sytuacji materialnej odpowiedź naprawdę nie jest prosta.
13.4.2012 - PJ_73 Přednášky o současném Polsku II
Przez jakiś czas nie pisałem o Óniwersytecie Masaryka, więc trzeba powrócić do tematu. W sumie nie ma nawet o czym pisać, ta uczelnia sama się pogrąża.
Na tamtejszej polonistyce jest kilka przedmiotów, na których można dostać zaliczenia praktycznie za nic. Wystarczy kilka razy przyjść, podpisać listę obecności, zrobić referat lub prezentację na 5 minut, ewentualnie napisać prosty test. Do takich przedmiotów z pewnością należy przedmiot pod nazwą "Wykłady o współczesnej Polsce". To pomysł Przybylskiego, który ubzdurał sobie, że zrobi zajęcia prowadzone przez wszystkich wykładowców oraz doktorantów na polonistyce. Każdy miał wygłosić jeden wykład na semestr. Idea szczytna, lecz ma drugie dno. Wykładowca wygłasza jeden wykład na semestr, a ma to liczone jako dwie godziny w tygodniu. Sprytne, nieprawdaż?.
Pod względem tematycznym wykłady miały być bardzo zróżnicowane, a przedmiot mogli sobie zapisać studenci ze wszystkich kierunków. Z początku wydawało się, że pomysł wypalił. Zapisywało się dużo studentów, nie było również problemów ze znalezieniem wykładowców. Z czasem jednak nastąpiło to, co musiało nastąpić - wykłady stawały się coraz nudniejsze, brakowało tematów, a nauczycieli coraz trudniej znaleźć. Doktorantom się nie chce, pracownikom się nie chce, a najgorszy kierownik w historii brneńskiej polonistyki - Roman Madecki - od dwóch lat siedzi i tłumaczy tę stronę, myśląc, iż ja o tym nie wiem. Sam sobie wmawia, że jest wielkim detektywem. W końcu po co się starać - pieniądze będą, wyjazdy na stypendia zagraniczne też będą, a im ktoś się bardziej stara, tym gorzej dla niego. Chyba nikt nie chcepowtórzyć mojego błędu.
W tym semestrze ten przedmiot to już całkowita klapa. Przybylski nawet zrezygnował z obowiązkowej obecności na wykładach. Od tej pory mało kto tam w ogóle przychodzi. Coraz trudniej znaleźć także osoby prowadzące zajęcia. Musieli posiłkować się trzema osobami z polskich uczelni przebywającymi w Brnie na gościnnych wykładach, a raz poszli na przedstawienie polskiego teatru w Brnie. Z tymi wykładami gościnnymi to jest tak, że zapraszają jakiegoś wielkiego naukowca z Polski, on zrobi ze dwa wykłady, weźmie pieniądze, a potem w zamian zaprosi kogoś z Brna na swoją uczelnię. Ten z Brna również weźmie pieniądze za jakieś dwa wykłady, wypocznie, następnie wróci na uczelnię macierzystą. I tak przez cały czas. Jeżdżą sobie po świecie zapraszając się nawzajem na bezwartościowe wykłady. A za wszystko płacą podatnicy.
Najbardziej rozbawiło mnie, kiedy na liście wykładów zobaczyłem, że jeden z nich ma poprowadzić doktorantka Marketa H. . W rzeczywistości ta osoba nazywa się Monika H., ale kierownik polonistyki Roman Madecki pomylił się. Dlaczego? Powód jest prosty. Oni tam nawet nie znają swoich doktorantów. Jeśli taki doktorant pojawia się na uczelni raz na kilka miesięcy lub raz na semestr, a wcześniej przez pięć lat studiów pojawiał się z podobną częstotliwością, to nietrudno o pomyłkę. I nie jest to jedyny przypadek wśród doktorantów. Po co się wysilać? Lepiej przyjechać raz na pół roku i co miesiąc brać ponad 1000 złotych. Do tego pojeździć sobie na stypendia zagraniczne (czytaj: wakacje zagraniczne) za pieniądze podatników. Świetne życie. Masz bogatych rodziców, układy lub z jakiegoś innego powodu jesteś pupilkiem pseudonaukowców - nie musisz się starać; wszystko przychodzi bez wysiłku. Inaczej nie masz szans. Takie jest życie.
10.4.2012 - Druga rocznica Smoleńska
Dzisiaj mija druga rocznica śmierci polskiej delegacji po rozbiciu się polskiego samolotu w Smoleńsku. To wydarzenie powinno zjednoczyć naród. Owszem, zjednoczyło. Ale tylko na chwilę. A potem powrót do codzienności - kłótnie, targi polityczne i rozłam. Zamiast się zjednoczyć, naród po raz kolejny pozwolił się skłócić.
O przyczynach katastrofy powiedziano wiele. Jedni wierzą w wersję oficjalną, inni starają się znaleźć własne wytłumaczenie rozbicia się samolotu w drobny mak. Można jednak odnieść wrażenie, iż ludzie są zmęczeni trwającym śledztwem oraz coraz to nowymi informacjami pojawiającymi się w mediach. Zamiast wzbudzać zainteresowanie, każda informacja wywołuje chęć przełączenia telewizora na inny kanał, a artykuły po prostu całkowicie się pomija. A spróbujcie o 10 kwietnia porozmawiać w pracy, na ulicy, czy w jakimś miejscu publicznym. Dyskusja szybko zamieni się w kłótnię. Dzisiaj jest dzień, w którym bez względu na poglądy polityczne powinniśmy uczcić pamięć ofiar. Czy tak się stanie? Czy może będziemy obrzucać się wyzwiskami podczas uroczystości upamiętniających wydarzenie?
Tutaj chciałbym zwrócić uwagę na jedną rzecz - zarówno zwolennicy i przeciwnicy oficjalnej wersji przyczyn wydarzenia wyrabiają sobie zdanie na podstawie informacji przekazywanych przez media. Drugim źródłem informacji są wyniki oficjalnego śledztwa, a po drugiej stronie ustalenia tzw. zespołu parlamentarnego Antoniego M. Czy ktoś samodzielnie analizuje przekazywane informacje? Nie. Ludzie, w zależności od opcji politycznej, bezkrytycznie przyjmują informacje podawane przez media. Ludźmi można manipulować do woli, napuszczać ich na siebie, wmawiać im cokolwiek. Ludzie uwierzą we wszystko. Będą gotowi oddać życie za "prawdę". I to niezależnie od tego, czy są zwolennikami oficjalnej wersji, czy nie.
Dwa lata temu byłem w Brnie. Nie miałem okazji przeżyć tych wydarzeń w Polsce. 4 dni po wydarzeniu pojechałem na Bałkany. W pociągach dużo się na ten temat nasłuchałem, w Serbii była żałoba narodowa za ofiary, zresztą w Bułgarii i Rumunii również. Dzisiaj żałuję, że nie byłem w tych chwilach w Polsce. Żałuję, że 12 kwietnia 2010 poszedłem na Špilberk na spotkanie brneńskich Polaków przy polskiej tablicy pamiątkowej. Zobaczyłem targowisko próżności. Lokalni politycy chcieli się pokazać przed kamerami, fanatyczna feministka Magdalena J. czytała wiersze Herberta udając wielce zasmuconą. A przedtem codziennie wyzywała śp. Prezydenta. Teraz, kiedy żałoba minęła, pewnie robi to dalej. Podobnie jak ta wielka poetka Wiedźma. Obłuda i zakłamanie.
Dopiero teraz dociera do mnie, jak szybko te dwa lata minęły. W zasadzie jak jeden dzień. 12 kwietnia 2010, na tym spotkaniu, np. po raz ostatni widziałem Monikę M, ale ta przynajmniej nie robiła z siebie wtedy jakiejś wielkiej gwiazdy okazującej żałobę na pokaz. Zresztą tę feministkę Magdalenę J. również widziałem wtedy po raz ostatni.
Jeśli obejrzycie zdjęcia i reportaż video z tego spotkania, będziecie mogli zobaczyć niemal wszystkich moich największych wrogów na brneńskiej polonistyce. Na zdjęciach jest Magdalena J., na filmie detektyw Madecki widoczny przez cały czas, z tyłu po prawej stronie ta wielka poetkai Monika M.. Brakuje tylko Czapli. Obibok Przybylski tam w ogóle nie przyszedł, chociaż wątpię, czy ze swoją kondycją dałby radę wejść na Szpilberk.
Dzisiaj uczczę pamięć ofiar. O 8:41 wstanę od komputera, stanę na baczność i przez minutę będę w milczeniu patrzył przez okno. Będę czekał na dźwięk syren. Będę miał nadzieję, że przechodnie również zatrzymają się na minutę, podobnie jak przejeżdżające samochody. Tak się jednak nie stanie. Syreny nie zawyją, przechodnie się nie zatrzymaja, a samochody nawet nie zwolnią. Ludzie zobojętnieli, ludzie wkrótce zapomną. Życie toczy się dalej. 10 kwietnia niczego nas nie nauczył.
8.4.2012 - Kolejne święta...
Kolejne święta, w czasie których nie ma co robić. Siedzę tylko przy komputerze i pracuję. Pracuję, pracuję, pracuję i wszystko idzie na marne... Bez sensu to wszystko. Do września nie mogę w zasadzie nic zrobić, a potem trzeba spróbować czegoś innego. Nie wyobrażam sobie całego życia spędzonego przy komputerze.
5.4.2012 - Masakra w amerykańskiej szkole
Kilka dni temu mieliśmy kolejną masakrę w amerykańskiej szkole. 7 ofiar śmiertelnych. I co mamy charakterystycznego: sprawca zemścił się za to, że został relegowany ze szkoły, za poniżanie i upokorzenia doznane ze strony pracowników tej placówki. Profil sprawcy: dziwak i samotnik. Konflikt z administratorami szkoły. Oczywiście wszędzie przedstawia się sprawcę jako szaleńca zabijającego niewinne ofiary. Skąd to znamy? Nikt nie dochodzi przyczyn i nie robi nic, żeby zapobiegać takim tragediom - prawda jest taka, że wina leży tylko i wyłącznie po stronie uczelni, w których do takich rzeczy dochodzi.
Pracownicy takich uczelni uważają się za nieomylne autorytety, bóstwa, którym trzeba padać do nóg. Dzięki swojej pozycji są całkowicie bezkarni. Mogą poniżać, niszczyć komuś życie z powodu swoich chorych kaprysów, mogą rozklejać plakaty z czyimś wizerunkiem po korytarzach, fałszywie oskarżać, kłamać w sądach, później ich psy - pseudodziennikarze - robią wszystko, żeby przedstawić tych przestępców w jak najkorzystniejszym świetle, a z ofiary zrobić szaleńca. Mają do pomocy skorumpowane organa ścigania oraz studentów zapatrzonych w nich niczym ludy prymitywne w posągi bożków.
A jeśli ofiara próbuje walczyć? Nie ma szans, co widzieliście po mnie i po interpretacji mojego legendarnego oświadczenia. Z 4 stron wyrwali sobie z kontekstu 4 linijki i przekazali "prawdę", w którą ciemna masa uwierzyła. Bo ciemna masa jest zbyt tępa, żeby poszukać źródła i wyrobić sobie własne zdanie. Ciemna masa bezkrytycznie wierzy mediom oraz bezkrytycznie chłonie jedyną słuszną ideę. Bezkrytycznie przyjęli przekaz medialny, chociaż mogli wszystko porównać ze źródłem. Ale to przerasta ich możliwości intelektualne. Taki jest skutek bezmyślnego wkuwania głupot podczas całego procesu kształcenia. Niszczy się indywidualność, a produkuje się "maszyny" niezdolne do samodzielnego myślenia. To media tworzą świat i myślą za ciemną masę.
Spójrzcie teraz na morał kolejnego zdarzenia tego typu: zginęło 7 osób, a czy tym, którzy poniżali "szaleńca" i zniszczyli mu życie przejdzie przez myśl, że coś mogli zrobić źle? Nie. Oni nie zdobędą się nawet na najmniejszą refleksję. Oni są nieomylnymi nadludźmi. Co on od nich mógł chcieć? Znajdą sobie kolejne ofiary i będą kontynuować swoją działalność. Taka jest mentalność ludzi przy korycie. To tak, jak ta głupia księżniczka, która w ogóle nie przyszła na zajęcia i miała pretensje, że musi pisać test. A teraz robi karierę naukową. Ot, sprawiedliwość po czesku.
Poprzedni mój wpis był trochę bardziej optymistyczny, lecz jednak były to tylko złudzenia. Nie będzie lepiej. Będzie tylko gorzej. Czarna seria w moim życiu trwa już ponad 34 miesiące. I nic nie wskazuje na to, żeby los mógł się kiedykolwiek odwrócić.
Ostatnio miałem kłopoty z monitorowaniem ruchu na moich stronach. Niemniej już wszystko jest w porządku. Oprócz tego jakimś cudem statystyki mojej strony wyświetlają mi, kto wchodził na mój profil na facebooku. To już częściowo mogłem monitorować wcześniej. Jest pewien mało znany sposób. Nie jest jednak stuprocentowo skuteczny. W internecie nie znajdziecie o nim ani słowa.
2.4.2012 - Minął marzec...
Minął kolejny miesiąc. Ponarzekałem trochę, ale w ostatnim tygodniu marca pojawiły się zwiastuny zmian. Co mnie cieszy, rośnie popularność mojej strony o podróżowaniu koleją. Pewne rzeczy idą ku lepszemu, aczkolwiek bardzo powoli i zdecydowanie za mało w porównaniu do potrzeb. Oby to nie było tylko krótkowałem złudzenie. Co do uczelni - nigdzie nie dają mi szans na dochodzenie swoich racji i sprawiedliwość.
31.3.2012 - Jak w moim mieście sklep otwierali
Od czasu do czasu w moim mieście otwierają nowe sklepy. Ogólnie to miasto supermarketów, małe sklepiki nie mają szans, ale co jakiś czas któraś z sieci próbuje podbić rynek. Nie wszystkim się udaje. Najlepsze są dni, kiedy otwierają nowy sklep - promocje, darmowe jedzenie i różne konkursy. Dzisiaj też tak miało być.
Jedna z sieci otwierająca sklep niedaleko mojego bloku reklamowała się, że będą kiełbaski, będzie konkurs itp. Myślę sobie - pójdę, najem się, kupię sobie bułkę i może coś wygram w losowaniu. Kilka nagród mogło pretendować do miana atrakcyjnej nagrody - np. kuchenka mikrofalowa, lecz większość to drobiazgi typu maskotka, breloczek albo mały pluszowy miś.
Dzisiaj rano wstałem, przygotowałem się, nic nawet nie jadłem. Idę pod sklep. W sklepie czynna jedna kasa, dłuuuuga kolejka, ceny nawet na promocji takie same jak w innych sklepach - pierwszy zawód. Potem udałem się po kiełbaski. Pytam się, czy mogę wziąć. Koleś przy grillu mówi, że trzeba mieć karteczkę ze sklepu. A karteczkę dostaje się po dokonaniu zakupów za ...20 złotych. Pogięło ich, myślę. Na otwarcie sklepu coś takiego? Nic, pomyślałem - postoję w kolejce 15 minut, żeby kupić bułkę, a nuż coś wygram w loterii. Patrzę na regulamin loterii - aby wziąć udział w loterii, należy dokonać zakupu towarów za minimum 50 złotych. Osoba, która w dniu otwarcia wyda w sklepie najwięcej, ma nagrodę gwarantowaną (nie wiadomo jaką). Wydać 50 złotych, żeby wziąć udział w losowaniu nagród typu breloczek albo maskotka? Dno. Nie wróżę temu sklepowi długiej przyszłości.
29.3.2012 - Wypalanie i wypalenie
Jak widzicie, piszę coraz rzadziej. Nie ma to związku z policyjnym przesłuchaniem, lecz za wszelką cenę próbuję znaleźć sposób na utrzymanie firmy. Dowiedziałem się bowiem, że nawet, jeśli utrzymam firmę przez rok, jak wymaga regulamin dotacji, nie będę miał prawa do statusu bezrobotnego, a tym bardziej do prawa do zasiłku. Gdybym wiedział, jak to wszystko się potoczy, nawet nie walczyłbym o dotację. Poszedłbym na rok zamiatać ulice - pensja 800 złotych na rękę, składki opłaca pracodawca. Przynajmniej na rok. Przy obecnej sytuacji na rynku pracy trudno będzie dostać nawet taką pracę. Najbardziej mnie irytuje, kiedy pomyślę, że takie nieroby na uczelni zarabiają gigantyczne pieniądze za nic, studenci jeżdżą sobie na wakacje finansowane przez podatników, a doktoranci przez 4 lata mają ponad 1000 złotych stypendium na miesiąc i łatwo mogą dorobić. Albo ktoś jest na studiach doktoranckich, pojedzie sobie na "staż zagraniczny" do swojego rodzinnego miasta, siedzi w domu, nic nie robi i otrzymuje stypendium ponad 2000 złotych miesięcznie, ubezpieczenie i składki opłacone. Tak wygląda sprawiedliwość. Tylko na oszustwach i przekrętach można się dorobić.
Teraz parę zdań o innym temacie. Przyszła wiosna i we wszystkich mediach apeluje się o niewypalanie traw. Straż pożarna co chwilę wyjeżdża do pożarów nieużytków, każda akcja sporo kosztuje. W mediach co roku przedstawiane są wady wypalania traw - giną owady, ginie roślinność, niby ziemia robi się nieurodzajna itp. Oprócz tego dym utrudnia widoczność na drogach. Nie wiem, ile jest prawdy w informacjach medialnych, lecz rolnicy i tak się tym nie przejmują. Trawy płoną. Kto ma rację? Na pierwszy rzut oka wygląda, że media. Jest jednak jedno ale. Wypalanie traw ma jedną, wielką zaletę, o której milczą strażacy i środki masowego przekazu - jest jedynym sposobem na pozbycie się kleszczy ze stosunkowo dużego obszaru. Na kleszcze po prostu nie ma innego sposobu. O szkodach wyrządzanych przez te pajęczaki nie muszę chyba pisać - przenoszą bakterie powodujące wirusowe zapalenie opon mózgowych oraz dużo bardziej niebezpieczną boreliozę, ujawniającą się czasami nawet po kilku latach i niezwykle trudną do wyleczenia. Kiedyś były tylko w lasach, teraz można je już spotkać nawet w miejskich parkach, a do domu mogą je przenieść psy bawiące się w przydomowym ogródku. Po co o tym piszę? Żeby uświadomić czytelnikom, że każdy medal ma dwie strony. Kiedyś paliły się lasy, paliły się trawy i natura jakoś sama sobie radziła. Kleszczy, poza lasami, praktycznie nie było. Przesadna ochrona przynosi więcej szkody niż pożytku.
Dopadło mnie wypalenie zawodowe. Nie chce mi się nic robić i nie widzę sensu w jakiejkolwiek pracy. Projekty niby na ukończeniu, lecz brakuje motywacji do uzupełnienia danych. Ta niesprawiedliwość dobija. Tacy gnoje na stanowiskach poustawiają sie na całe życie, poustawiają całą rodzinę, mogąc przy tym robić, co im się podoba. Mają wszystko. Dzięki układom są bezkarni. Po co się starać i po co żyć uczciwie?
26.3.2012 - W oczekiwaniu na decyzję
Kilka dni nie pisałem. Nie aresztowali mnie, ani nie usłyszałem na razie zarzutów. Było przesłuchanie i tyle. W przeciwieństwie do czeskiego przesłuchania mogłem zapoznać się ze wszystkimi zarzutami oraz zostałem poinformowany o wszystkich dowodach itp. W Czechach powiedzieli mi wtedy tylko o kupie, rybie i zamkach, o petardach, ładunkach wybuchowych, klamkach, toalecie, napisach, innych rzeczach i świadkach nie wiedziałem. Tu było krótko, konkretnie. Nie było również żadnych pogróżek typu "jak się nie przyznasz, to posiedzisz 3 miesiące".
Wróciłem do rozpoczętych projektów czekających od kilku miesięcy na ukończenie. Jest sporo roboty, więc nawet nie mam czasu pisać. Strona kolejowa również okazała się kompletną klapą. Wychodzi na to, że nic mi w życiu nie wychodzi. I mam coraz mniej ochoty do pracy. Wszelkie wysiłki idą na marne. Po takich tendencyjnych publikacjach w mediach pracy na pewno nie znajdę.
Jestem na wolności i prawdopodobnie zawdzięczam to miejscowym policjantom, którzy w październiku 2011 nie zrobili pokazowego zatrzymania z udziałem jednostki AT. Mogli mnie wtedy załatwić, zgarnąć odznaczenia, a opinia publiczna przyklaskiwałaby im, tak jak przyklaskiwała Czechom przy medialnym linczu. Mogli mnie wsadzić do pudła na kilka lat. Dlaczego tego nie zrobili? Pewnie nigdy się nie dowiem. Wiem jedno - gdyby sprawę do końca prowadziła czeska policja i prokuratura, to długo nie wyszedłbym z więzienia.
Gdybym 19 października 2011 poszedł na rozprawę apelacyjną w Brnie, nie byłoby mnie dzisiaj wśród żywych. Gdyby tego dnia pociąg jadący z Wiednia do Warszawy wykoleił się 20 minut wcześniej na terytorium Czech, też nie czytalibyście moich wpisów. Co by było, gdyby zamiast trzech panów z kryminalnej wpadło wtedy komando ABW? Życiem rządzi przypadek. Ale wygląda na to, że jeszcze nie wszystko stracone.
Nie wiem, co dalej będzie. Nikt nie pozostawia mi złudzeń - nawet jeśli napiszę skargę do ministra sprawiedliwości, to i tak odrzucą. Nie da się nic zrobić. Ręka rękę myje. Na razie nie ma kolejnego medialnego linczu. Będzie jednak trzeba posłuchać rad osób znających realia wymiaru sprawiedliwości.Teraz czekam na decyzję w sprawie mojego oświadczenia.
22.3.2012 - I po przesłuchaniu
Nie sprawdził się czarny scenariusz. Nadal jestem na wolności. Pierwsze wrażenia:
- wyremontowana polska komenda jest ładniejsza od wyremontowanej czeskiej komendy
- polska policja podeszła do tej sprawy profesjonalnie, w odróżnieniu od czeskiej.
- na razie nie wiadomo, co dalej. Zadecyduje prokurator.
21.3.2012 - Jutro przesłuchanie
Jutro przesłuchanie, aresztowanie i pewnie lincz medialny. Nie ma co myśleć nad linią obrony, bowiem co będą chcieli zrobić, to i tak zrobią. Nie boję się niczego. Niczego również nie żałuję (poza krytyką jednej osoby). Możecie mówić, że należało mi się za krytykę oraz wojnę z uczelnią. Mówcie sobie, najlepiej dać się szykanować, pozwolić sobie zniszczyć dobre imię oraz karierę, a swoim prześladowcom padać do nóg, błagając ich o litość. Nie w moim wypadku. Jeżeli będziecie siedzieć cicho, dajecie przyzwolenie na ewidentne łamanie prawa. Ja siedziałem cicho, znosiłem szykany, bowiem myślałem, że w końcu odpuszczą i przyjmą mnie na studia doktoranckie. Ale oni nie znają umiaru. Ktoś się musi w końcu postawić osobom, które całe swoje życie bezkarnie poniżają innych. Ilu ludzi odebrało sobie przez nich życie? Tego nikt się nie dowie. Dla społeczeństwa, a przede wszystkim dla studentów, będą wielkimi, nieomylnymi autorytetami. Ja znam ich drugą twarz.
Krytykujecie mnie za pisanie o karierze Magdaleny Czapli oraz Michala Przybylskiego po złożeniu obciążających mnie zeznań? Mam prawo. Podobnie jak mam prawo do wnikliwego prze |